NIEZWYKŁE LOSY NIEMIECKIEJ RODZINY ABRAMOWSKICH Z OKOLIC BRODNICY
Dodane przez Piotr dnia Lipiec 28 2011 20:59:16
Dawno, dawno temu, nad rzeką Wezerą, niedaleko jej ujścia do Morza Północnego, blisko niemieckiego miasta Bremen mieszkał sobie uparty, pracowity rybak. Każdego ranka spychał swoją łódź w lodowate wody morza, aby szybciej od innych dotrzeć na bogate w rybę łowiska i tym samym zarobić więcej. Pieniędzy nie potrzebował dla próżności, lecz po to, aby zabrać rodzinę z tej surowej okolicy na inne ziemie, o których tyle słyszał dobrego. Rybak zawziął się w swoich marzeniach, a Pan Bóg mu błogosławił. Pewnego dnia uznał, że ma już wystarczającą ilość pieniędzy by zacząć nowe życie w innym kraju, toteż sprzedał łódź wraz z resztą swojego dobytku i ruszył wraz z rodziną do Prus.
Dziś już trudno dociec, czy to był ten sam Sigmund, zwany później von Gebrannof lub Gebramofski, który w 1558r. założył wieś Jebrammen (pol. Jebramowo lub Abramy) pod Gołdapią i którego czterej synowie (Stenzel, Bastian, Hans, Albrecht Witold) zaczęli używać nazwiska Abramowski. Faktem jest, że wszyscy wkrótce otrzymali szlachectwo, choć ich potomkowie pieczętowali się dwoma różnymi herbami: Jastrzębiec, i niemieckim, podobnym do polskiego Drzewica, a więc w polu półksiężyc złoty, pod nim i nad nim po gwieździe złotej. Ci, którzy opuścili Jebrammen zbudowali dwa rodowe gniazda w Jaohannisburgu (dzisiaj Pisz) i Lötzen (Giżycko).
W XVIII wieku „gałąź półksiężyca” mocno osiadła w Stenkendorf, czyli Stanowie koło Ostródy, gdzie wybudowano wspaniały, zdecydowanie górujący nad okolicą pałac o białych murach zdobionych wieżami. Prowadził do niego szeroki podjazd, od wczesnej wiosny, do późnej jesieni tonący w cudownej ferii kolorowych kwiatów, posadzonych tuż przy kamiennych krawężnikach i wylewających się z potężnych donic. Nad głównym wejściem witał gości sporych rozmiarów relief herbowy – znak godności gospodarzy…
Image and video hosting by TinyPic
Na zdjęciu - pałac Abramowskich w Jajkowie k. Brodnicy. 2 września 1939 roku spalili go żołnierze polscy.
Jeżeli zainteresowały Cię niezwykłe losy niemieckiej rodziny Abramowskich, którzy tuż przy Brodnicy posiadali duży majątek Jajkowo (po niemiecku zwany Hohenek) to kliknij poniżej w "czytaj więcej".

Rozszerzona zawartość newsa
Dawno, dawno temu, nad rzeką Wezerą, niedaleko jej ujścia do Morza Północnego, blisko niemieckiego miasta Bremen mieszkał sobie uparty, pracowity rybak. Każdego ranka spychał swoją łódź w lodowate wody morza, aby szybciej od innych dotrzeć na bogate w rybę łowiska i tym samym zarobić więcej. Pieniędzy nie potrzebował dla próżności, lecz po to, aby zabrać rodzinę z tej surowej okolicy na inne ziemie, o których tyle słyszał dobrego. Rybak zawziął się w swoich marzeniach, a Pan Bóg mu błogosławił. Pewnego dnia uznał, że ma już wystarczającą ilość pieniędzy by zacząć nowe życie w innym kraju, toteż sprzedał łódź wraz z resztą swojego dobytku i ruszył wraz z rodziną do Prus.
Image and video hosting by TinyPic
Dziś już trudno dociec, czy to był ten sam Sigmund, zwany później von Gebrannof lub Gebramofski, który w 1558r. założył wieś Jebrammen (pol. Jebramowo lub Abramy) pod Gołdapią i którego czterej synowie (Stenzel, Bastian, Hans, Albrecht Witold) zaczęli używać nazwiska Abramowski. Faktem jest, że wszyscy wkrótce otrzymali szlachectwo, choć ich potomkowie pieczętowali się dwoma różnymi herbami: Jastrzębiec, i niemieckim, podobnym do polskiego Drzewica, a więc w polu półksiężyc złoty, pod nim i nad nim po gwieździe złotej. Ci, którzy opuścili Jebrammen zbudowali dwa rodowe gniazda w Jaohannisburgu (dzisiaj Pisz) i Lötzen (Giżycko).
W XVIII wieku „gałąź półksiężyca” mocno osiadła w Stenkendorf, czyli Stanowie koło Ostródy, gdzie wybudowano wspaniały, zdecydowanie górujący nad okolicą pałac o białych murach zdobionych wieżami. Prowadził do niego szeroki podjazd, od wczesnej wiosny, do późnej jesieni tonący w cudownej ferii kolorowych kwiatów, posadzonych tuż przy kamiennych krawężnikach i wylewających się z potężnych donic. Nad głównym wejściem witał gości sporych rozmiarów relief herbowy – znak godności gospodarzy…
Dziś Stanowo to mała wieś, ledwie zasługująca na miano osady. W czasach PRL-u topornie przerobiono stare zabudowania folwarczne i osiedlono tam ludzi. Zostali do dziś, choć mieszka ich już niewielu. Przeważnie starych schorowanych, bo młodzi uciekli do miast. Jedyną ozdobą wsi jest zdziczały park podworski, który wypuściwszy przed siebie oszalałe wolnością kłębowisko zieleni litościwie przykrył nędzne resztki fundamentów ongiś pysznego dworu. Czasem tylko w trawie błyśnie ułamek kolorowego szkiełka z pałacowego okna…
W 1845 roku mieszkający tu August Abramowski (jego żona Karolina z domu Frymm była Polką, pochodziła z Warszawy) postanowił przenieść rodzinne interesy w inne strony, choć niezbyt daleko od dotychczasowych. Zrobił to w dość oryginalny sposób, a mianowicie kupił około 250 hektarów lasu koło wsi Świecie nad Drwęcą. Zaraz po tym sprowadził drwali i kazał niemal cały ten las… wyciąć, a uzyskane drewno sprzedał. Za zdobyte w ten sposób pieniądze, w 1855 roku kupił w Jajkowie ziemię należącą ongiś do majątku królewskiego (potem sołectwa) i wiele gruntów chłopskich.
Już w roku 1869 majątek liczył 2910 mórg, 18 domów i gorzelnię parową. Zamieszkiwało go 183 mieszkańców. Do tego trzeba dodać dobra Kantyła liczące 158 hektarów.
Jednak August Abramowski wcale się tym nie zadowolił i skupował dalej. Tuż pod koniec XIX wieku, gdy całe dobra oficjalnie przejmował Paul Abramowski (syn) majątek Jajkowo liczył 713,24 hektara, w tym 418,80 ha gruntów ornych, 38,47 ha łąk, 25,58 ha pastwisk; 201,72 ha lasów; 20,80 ha nieużytków (drogi, podwórza itp.) i 7,87 ha wód. Również hodowlę zwierząt rzeźnych powiększano niemal z roku na rok. W momencie przejęcia gospodarstwa przez Paula Abramowskiego rocznie odstawiano do rzeźni 230 wołów i 800 owiec. Pod czujnym okiem wykwalifikowanych zarządców majątek kwitł i w końcu brakowało mu tylko jednego, a mianowicie stosownej rezydencji właścicieli, również po to, aby w przyszłości mógł być wydzielony jako dworski.
Tymczasem Paul wciąż mieszkał w Stenkendorf, gdzie ożenił się z pochodzącą ze starego niemieckiego rodu piękną Gertrudą von Pieschel.
Warto tu podkreślić, iż Abramowscy doskonale mówili po polsku i nie stronili od interesów z Polakami. Nigdy nie byli zamieszani w jakieś niejasne interesy, zawsze uczciwie płacili wszelkie należności, nie ma wiadomości aby kiedykolwiek dyskryminowali ludzi ze względu na wiarę (sami byli wyznania ewangelickiego), narodowość, czy z jakiegokolwiek innego powodu, za co zresztą otaczał ich dość powszechny szacunek, oraz dobre wspomnienie aż do dziś.
Na początku XX wieku, Paul Abramowski postanowił wybudować w Jajkowie wystawny, godny materialnej pozycji właścicieli pałac. Stała tu wprawdzie skromna, parterowa budowla wzniesiona w XIX wieku, lecz raczej trudno byłoby ją nazwać „reprezentacyjną”.
Stary dziedzic nie dokończył dzieła, bo zmarł w 1918 roku, zaś dalsze prace poprowadzono pod okiem wdowy i syna - Ericha. Budowla była gotowa jeszcze przed 1920 rokiem. Czterospadowy dach, kryty dachówką, mansardowy nad częścią południową wieńczył bryłę o bogatej architekturze. Wejście znajdowało się w portalu kolumnowym od strony zachodniej. Północno-zachodni narożnik pałacu zdobiła czterokondygnacyjna, ośmioboczna wieża (jakieś nawiązanie do brodnickiej wieży zamkowej?) zakończona łamanym dachem. Z ostatniego jej piętra roztaczał się imponujący widok na okolicę i majątek Abramowskich.
Zadbano nie tylko o piękno architektury, lecz także o rozmaite, wówczas bardzo nowoczesne wygody. Budynek wyposażono w centralne ogrzewanie (rocznie pochłaniające 400 cetnarów koksu, czyli przyjmując, że cetnar pruski miał 51,45 kg, to na ogrzewanie pałacu szło ponad 20 ton koksu!) oraz elektryczne światło (agregat i stacja akumulatorów były w gorzelni parowej wzniesionej jeszcze przed 1869 rokiem) każdego wieczoru rozświetlające kilkanaście pomieszczeń budowli. Tuż pod dachem zamontowano potężny zbiornik na wodę, do którego – w razie potrzeby - obsługa pompowała ją przy pomocy konnego kieratu.
Również przestrzeń wokół pałacu zaaranżowano w sposób bardzo przemyślany. Gorzelnię od pobliskiego terenu przydomowego oddzielały dwie duże fontanny. Był też pięknie zaaranżowany park, z alejami, ozdobnymi kępami krzewów, drzewami… Jeszcze dziś, po latach zaniedbań i PGR-owskiej gospodarki da się w nim wyodrębnić aż 32 gatunki drzew (m.in. jodła kalifornijska, topola kanadyjska, świerk kłujący, jarząb szwedzki, robinia biała, topola czarna włoska i inne). Ten pomnik żywotności przyrody wciąż imponuje i pobudza wyobraźnię. Przy domu było też boisko do tenisa, zaś obok do krykieta.
Urządzając to wszystko Paul Abramowski zadbał też o jeszcze jeden zaskakujący, choć znamienny szczegół, a mianowicie na wysokości południowo-wschodniego narożnika terenu parkowego, po prawej stronie drogi z Jajkowa do Świecia, na szczycie niewielkiego płaskowyżu wydzielił część pola, kazał je ogrodzić i obsadzić klonami i lipami. Od głównej drogi prowadziła do niej krótka aleja także obsadzona drzewami tego gatunku. Stary dziedzic postanowił urządzić tu … cmentarz rodowy.
W ubiegłym (2010) roku miałem zaszczyt krótkiej rozmowy z wówczas 88-letnim Erichem Abramowskim – wnukiem Paula i Gertrudy. Zapytałem go wówczas dlaczego jego dziadek wybrał akurat to miejsce, zaś ten odpowiedział mi najczystszą polszczyzną, iż według rodowej legendy dziadek Paul lubił zatrzymywać się na tym kawałku pola, bo widział z niego cały dobytek, a więc pola Jajkowa, Świecia , Kantyły. „Pewnie pomyślał, że i po śmierci dobrze będzie to wszystko objąć „jednym okiem” – dodał pół żartem pan Erich.
O dziwo! Pomnik grobowy Paula i Gertrudy Abramowskich (ceglano- kamienna stella z owalną granitową tablicą, zwieńczony granitowym krzyżem) przetrwał do dziś w doskonałym stanie. Na szczęście nie zniszczono go w czasach PRL, nie dopadli go wandale, a obecnie cały cmentarzyk rodowy jest już objęty ochroną prawną jako zabytek. Ma też swojego honorowego opiekuna w osobie Janusza Rosika z Brodnicy (radny Rady Miejskiej), który w latach 90 ubiegłego wieku poznał Ericha i obaj panowie darzą się sporą męską przyjaźnią.
Gdy w 1918 roku zmarł Paul, gospodarstwo przejęła jego żona Gertruda Abramowska, choć wiele wskazuje na to, że była jedynie rzadzicielką nominalną, bo trud faktyczny spoczął na ich synu Erichu Seniorze (tak go będę określał dla odróżnienia od jego syna – także Ericha urodzonego w 1922 roku). Jak wielki był to trud niech świadczy fakt, że w okresie międzywojennym na stale zatrudnionych w majątku było aż 150 pracowników. Oprócz normalnej wypłaty otrzymywali oni także deputaty w naturze. Na przykład człowiekowi zajmującemu się krowami (również ich wypasem) przysługiwało 12m3 drewna opalowego, dwie morgi na uprawę ziemniaków lub buraków i pół morgi ogrodu..
Wszystko w gospodarstwie miało swoją hierarchię, przeznaczenie, zakres działania. Chyba najlepiej to widać na przykładzie „Działu Transportu” (rzecz jasna nazwa jest moim wymysłem, choć oddającym istotę). Oto mamy tu 14 woźniców, odpowiedzialnych za 14 zaprzęgów, z czego na każdy przypadały 4 konie. Obsługiwali ich: jeden stangret, jeden pomocnik, trzech oborowych, dwóch chlewmistrzów, dwóch pasterzy, jeden przewodnik hodowli koni wraz z czterema pomocnikami. Wszystko działało znakomicie!
Osobnym, choć nieco pokrewnym działem była hodowla koni. Erich Abramowski Senior miał stale zarejestrowanych 40 klaczy, z których co roku rodziło się około 15 źrebiąt. Dorosłe konie „pod wierzch” (trzylatki) najczęściej sprzedawał polskiej armii, biorąc nawet 2200 zł za jedno zwierzę, podczas, gdy zwykły pociągowy kosztował między 700, a 800zł. Nasi zaopatrzeniowcy chętnie płacili spore pieniądze, bo konie podobno wyróżniały się urodą. Zresztą pewnego lata jeden z zaopatrzeniowców polskiej kawalerii – pułkownik Donimirski, zachwycony klasą rumaków, które właśnie nabył dla armii, w dowód uznania podarował Abramowskiemu srebrna papierośnicę.
Jedna ze stajni miała specjalne przeznaczenie, a mianowicie znajdował się w niej elegancki powóz i cztery, specjalnie do niego ułożone konie. Tu także trzymano najlepszego konia wyścigowego oraz dwa wierzchowce dla administratora. W tym dość ekskluzywnym towarzystwie „mieszkał” też jeden starszy koń, który resztę życia spędzał na ciągnięciu wozu ze zbiornikami na mleko, a dwa razy w tygodniu zawoził na targowisko w Brodnicy jaja i produkty z ogrodu.
Dom państwa Abramowskich był otwarty. Prawie zawsze pełen rozmaitych gości. Jak wspominał Erich Junior – „Często bywało, że w wakacje siadało nas do stołu od 15 do 18 osób, lub więcej”. Jednak największe atrakcje przypadały na miesiące zimowe, zwłaszcza grudzień, ponieważ urządzano wówczas wielkie polowania, zaś po nich zabawy myśliwskie, gdzie obowiązywały fraki....

Image and video hosting by TinyPic
Wszystko skończyło się 2 września 1939 roku. To był drugi dzień wojny. Wojska niemieckie atakowały od Grudziądza, ale Brodnica była jeszcze względnie bezpieczna. Na pobliskiej granicy (ok 30 km) obie armie zastygły w oczekiwaniu okładając się ogniem karabinowym, lub ostrzeliwując przelatujące nad nią samoloty (ciekawe, że jednym z pierwszych niemieckich pilotów bombowców, które przeleciały nad Brodnicą aby bombardować węzeł kolejowy w Jabłonowie był przyszły kanclerz RFN Helmut Shmidt). Tymczasem Żołnierze Korpusu Ochrony Pogranicza Państwa Polskiego w reakcji na liczne doniesienia o aktach dywersji ze strony paramilitarnych grup miejscowych Niemców postanowili przeprowadzić „akcję oczyszczającą”. W ferworze walk z dywersantami jeden z polskich oddziałów wpadł do Jajkowa i nie słuchając wyjaśnień administratora Rebe, oblał benzyną zabudowania, po czym spalił pałac (niedługo wrócimy do tej historii), a wraz z nim puścił z dymem jedenaście innych obiektów gospodarczych. To był koniec dworskiego majątku Hoheneck- Jajkowo....
„Ojciec postanowił, że już nigdy nie odbuduje ani pałacu ani spalonych zabudowań” – mówił mi stojąc przy grobie swoich dziadków Erich Abramowski Junior. - „Żołnierze spalili mój rodzinny dom bezmyślnie, ale nie do nich mam największe pretensje tylko do Hitlera, za to, że rozpętał tę wojnę. Nie mam też roszczeń majątkowych do Polski, bo obaj z ojcem już dawno pogodziliśmy się z wyrokami historii. Dziś siedzi mi na karku 88 lat (wypowiedź z 2010r) i chcę jedynie by uszanowano miejsce spoczynku moich przodków”.
Coś mnie wtedy pokusiło i zapytałem – Panie Abramowski, czy czuje się pan brodniczaninem?
Spojrzał na mnie nieco zdziwiony, po czym odparł szybko – No naturalnie! W stu procentach! Tu się urodziłem, tu dorastałem, tu uczyłem się mówić po niemiecku i po polsku. To także mój kraj, to kraj mojego ojca...
- Haimat – przerwałem. Uśmiechnął się, chwilę zawahał, po czym potwierdził - Ja natürlich, Haimat, pewnie, że ojczyzna Piotrze…
Piotr Grążawski